Tusk Watch

Obserwujemy jak Polska zmienia się w drugą Irlandię

| |
| Log in |

 

W całym kraju trwają obecnie protesty przeciw ACTA.
A za miesiąc..


Ryba pruje się od głowy

Wysłane przez admin w dniu 27/01/2012 o godz. 09:51

Trudno nie zauważyć, że oglądany od kilku dni spektakl ma w sobie logikę, która oglądana była w różnych zakątkach świata, w różnym natężeniu już nie jeden raz. Schemat można w skrócie przedstawić następująco. Oto okazuje się, że władza, która w niewzruszonym niczym stylu rządzi od lat, traci kontakt z rzeczywistością i zdolność obiektywnej oceny nastrojów społecznych. W związku z tym fasuje obywatelom jakiś mega prezent, który adresatom niezbyt albo i wcale się nie podoba, czemu daje, początkowo dość nieśmiało wyraz. W efekcie władza jasno i stanowczo daje do rozumienia, gdzie ma opinię społeczeństwa i posuwa się do gróźb („nie poddamy się szantażowi!”).

Skutkiem takiego zachowania jest najpierw zdecydowany wzrost napięcia z nieśmiałymi próbami reakcji, owocujący szczególnie widocznymi przejawami arogancji ludzi władzy („Dziękuję panom [i paniom] hakerom za test strony MSZ”.) a następnie wybuch. Tego, co dzieje się i pewnie jeszcze dziać się będzie na ulicach naszych miast, w kontekście Kielc a jeszcze bardziej Poznania, nazwać inaczej nie można.

Z tego wybuchu zaś bierze się panika. Jeśli wierzyć przekazom medialnym, za posiedzeniu rządu wszyscy byli „krytycznie nastawienie do ACTA” a jakiś rządowy ekspert oświadczył, ze wali to i idzie sobie. Tak usłyszałem w „zaprzyjaźnionej stacji” i od razu do głowy przyszła mi myśl „To kto, do cehauja, wcisnął nam ten podpisany „szit”?!!!!. Za co ta banda palantów bierze kasę?!!!” Tu przy okazji ujawnił się kawałeczek drobny tego mechanizmu, którego drugi koniec był w tych butelkach rzucanych w siedzibę „lepszej drużyny”. Ale wróćmy do paniki. W ekipach, które nagle ze stanu „jesteśmy najlepsi, wszyscy nas kochają, wolno nam wszystko” zjeżdżają do pozycji embrionalnej w okolicy parapetu, gdy wokół lecą szyby, pierwszym, i uważanym za załatwiający sprawę jest rzucenie wkurzonym jakiegoś ochłapu. Wytypowanego naprędce politycznego truchła.

Jak usłyszałem i wyczytałem, do tej roli sposobiony jest ponoć pan Minister Zdrojewski. (…)

Problem w tym, że jak dotąd nazwisko to wcale albo z rzadka tylko pojawiało się w kontekście ACTA. Było schowane za twardą miną Admina1 czy za bredzeniem pana Boniego. Zatem może się stać tak, jak stało się, gdy Ludwik XVI rzucił tłumowi Bruno Neckera. Nie chodzi mi o to, że Anonimowi zaraz poleca zdobywać jakąś Bastylię. Raczej o to, że odczytają rzecz całą jako dowód na to, co o nich myśli pan Donald Tusk.

Przy okazji pozwolę sobie zauważyć, że ten krzywy „dialog władzy ze społeczeństwem” odbywa się głownie na linii Platforma – jej najbardziej żelazny elektorat. I jeśli w wyniku tego „dialogu” ktokolwiek ucierpi, to raczej nie cała klasa polityczna. Tylko ta ryba, która pruje się właśnie w sposób spektakularny. I to pruje się od samej głowy. (rosemann)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą | Brak komentarzy

Wpisy usunięte z profilu KPRM na Facebooku nie były wulgarne

Wysłane przez admin w dniu 26/01/2012 o godz. 15:31

Nie pięć tysięcy, a 7774 - tyle wpisów internautów przeciwnych umowie ACTA usunęła kancelaria premiera ze swojego profilu na Facebooku. Takie informacje - które zaprzeczają twierdzeniom Centrum Informacyjnego Rządu - otrzymaliśmy od firmy zajmującej się monitorowaniem serwisów społecznościowych. Wbrew twierdzeniom rządowych urzędników, zdecydowana większość usuniętych wpisów nie była wulgarna.

Według firmy Fanpage Trender, z profilu KPRM na Facebooku usunięto w trzech wątkach 7774 posty, zamieszczone przez 3226 osób (tzw. unikalnych użytkowników).

Firma dokładnie prześwietliła wpisy także pod kątem wulgaryzmów. A to dlatego, że w piśmie, które otrzymaliśmy od Centrum Informacyjnego Rządu, urzędnicy tłumaczyli, że posty zostały usunięcie właśnie z powodu wulgaryzmów. Gdy założyliśmy nasze profile w serwisach społecznościowych, podjęliśmy decyzję, by było to miejsce wymiany poglądów i informacji. Dotychczas rzeczywiście tak było. Niestety, od kilku dni, niektóre osoby wypowiadające się w komentarzach nie stosują się do standardowo przyjętej netykiety, m.in. piszą wulgaryzmy i spamują. Dlatego zdecydowaliśmy, że posty łamiące zasady netykiety będą usuwane - przekonywali urzędnicy.

Analiza firmy, która się z nami skontaktowała, wykazała jednak, że te twierdzenia nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Wulgarne komentarze stanowiły jedynie ułamek wszystkich usuniętych postów - dokładnie 1,49 procent. Dla Jana Zająca z Fanpage Trender wniosek jest oczywisty: To pokazuje, że nie potrzeba ACTA, żeby wypowiedzi w internecie były cenzurowane. Co więcej, pokazuje to przede wszystkim, że kancelaria premiera ewidentnie mija się z prawdą w oficjalnych wyjaśnieniach, które przekazuje opinii publicznej. (rmf24.pl)

KŁAMSTWA, KŁAMSTWA I JESZCZE WIĘCEJ KŁAMSTW… Ta ekipa kłamie nawet przez sen.

Kategoria: Analiza, Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | 1 komentarz

To dziennikarze zapraszają Stefana Niesiołowskiego

Wysłane przez admin w dniu 26/01/2012 o godz. 07:13

Od dawna zdumiewa mnie ten fakt. Dlaczego Stefan Niesiołowski nie schodzi z ekranów telewizyjnych ?

Wg zasad sztuki dziennikarskiej do programów tv i audycji radiowych zaprasza się gości z bardzo określonych powodów. Sam fakt, że ktoś pełni jakąś funkcję to za mało. Musi mieć szczególną wiedzę, kompetencje, być bohaterem, uczestnikiem, świadkiem jakiegoś aktualnego zdarzenia, o którym robi się dany program.

Marszałek Stefan Niesiołowski nigdy nie jest pytany o pracę Prezydium Sejmu czy Konwentu Seniorów. Co poza prowadzeniem obrad robi ? Nie wiemy.

Natomiast pytany jest o wszystko inne. W każdej sprawie, w każdej dziedzinie. Zabawne, gdy ostatnio miał się wypowiedzieć na temat ACTA i konsekwencji tych regulacji dla internautów. Człowiek, który publicznie przyznał, że ma kłopoty z obsługą telefonu komórkowego.

Jego wiedza i kompetencja zresztą nie mają znaczenia, bo marszałek to nagrana płyta. Przycisk - pytanie, wszystko jedno , jakie, bo za chwilę wystrzelą zbitki słowne o Kaczyńskim, Macierewiczu, nieukach z Ameryki, szkodniku, jakim jest PiS itp.

Poseł, który nie ma nic do powiedzenia poza wyrażaniem nienawiści do jednej konkretnej partii i jej prezesa zagospodarowuje swoimi wypowiedziami nasz czas. Każdy widzi, że to patologia. Dlaczego więc dziennikarze nam ją w tak silnej dawce serwują ? Oto jest pytanie. (Janina Jankowska)

Kategoria: Media (po)mogą, Pitery, niesioły i inne palikoty | 1 komentarz

KPRM przyznaje: Usunęliśmy z sieci 5 tysięcy wpisów ws. ACTA

Wysłane przez admin w dniu 25/01/2012 o godz. 17:54

Z profilu kancelarii premiera na Facebooku usunięto wczoraj około 5 tysięcy wpisów osób, sprzeciwiających się podpisaniu przez Polskę umowy ACTA - potwierdza Centrum Informacyjne Rządu. O sprawie poinformował nas jeden z internautów. Autorom krytycznych wpisów zablokowano też możliwość komentowania jakichkolwiek treści na facebookowej stronie KPRM. Internauci pytają więc, czy to jeszcze wolność słowa, czy już cenzura.

Po sygnale od naszego słuchacza zapytaliśmy Centrum Informacyjne Rządu, czy prawdą jest, że z profilu kancelarii premiera na Facebooku usunięto wpisy krytyczne wobec ACTA, a jeśli tak - to kto i dlaczego o tym zdecydował. CIR potwierdziło usunięcie wpisów.

W piśmie wyjaśniającym urzędnicy tłumaczyli: Gdy założyliśmy nasze profile w serwisach społecznościowych, podjęliśmy decyzję, by było to miejsce wymiany poglądów i informacji. Dotychczas rzeczywiście tak było. Niestety, od kilku dni, niektóre osoby wypowiadające się w komentarzach nie stosują się do standardowo przyjętej netykiety, m.in. piszą wulgaryzmy i spamują. Dlatego zdecydowaliśmy, że posty łamiące zasady netykiety będą usuwane.

Zdumienie może jednak budzić wymieniana przez internautę, który poinformował nas o sprawie, liczba wpisów: około pięciu tysięcy. Czy to możliwe, że do netykiety nie stosowali się wszyscy ich autorzy? Czy każda z pięciu tysięcy osób, sprzeciwiając się podpisaniu ACTA, używała wulgaryzmów? Czy usunięcie całego wątku, który zawierał te głosy, nie zasługuje na miano cenzury? (rmf24.pl)

Kategoria: Co tam Panie w koalicji, Donaldu, Donaldu... | 6 komentarzy

Pretekst dla cenzora

Wysłane przez admin w dniu 25/01/2012 o godz. 07:28

Usłyszałem właśnie od obrońców ACTA, że „gospodarka traci” na piractwie. Nie „gospodarka traci”, tylko niektóre koncerny tracą, dlatego starają się wprząc państwo w walkę z piractwem.

W efekcie policja, zamiast szukać złodzieja, który ukradł sąsiadowi rower, sprawdza, czy sąsiad nie ma aby na komputerze nielegalnych plików z grą, w której ścigają się kolarze. Jak ktoś ukradł rower, to ktoś już go nie ma, a ma ktoś inny. A jak ktoś „ściągnął” grę, to jej twórca ma ją nadal, lecz nie ma zysku z tego, że ktoś jej używa. Dlaczego jednak to właśnie ma być w sposób szczególny penalizowane i ścigane?

Prawa autorskie to wymysł cenzorów! W XVI-wiecznej Anglii autorzy nie byli zagrożeni przez pojawienie się prasy drukarskiej (pierwszej na świecie maszyny kopiującej). Wręcz przeciwnie. Była to dla nich wielka szansa na dotarcie ze swoimi dziełami do szerszej grupy odbiorców. To było zagrożenie dla rządu. Nowa technologia ułatwiała rozpowszechnianie dzieł „wywrotowych”. Podobnie jak dziś Internet. Utworzono więc cech prywatnych cenzorów Londyńskie Zrzeszenie Sprzedawców Papieru. W zamian za kontrolowanie tego, co było drukowane, zrzeszenie otrzymało przywilej sprzedaży wszystkich druków i konfiskaty wydanych bez pozwolenia. Gdy rząd złagodził cenzurę, członkowie zrzeszenia ukuli teorię, że autorów nie stać na rozpowszechnianie ich dzieł, więc powinni móc sprzedawać swoje prawa tym, którzy będą ich chronić! Pewnie dlatego dziś argumenty obrońców ACTA tak bardzo przypominają mowę… cenzorów.

Z ekonomicznego punktu widzenia nie można przecież mówić o „stratach dla gospodarki”, bo pieniądze niewydane na jeden rodzaj dóbr są przeznaczane na coś innego. Jeśli ktoś nielegalnie skopiuje jakiś program, a wyda więcej na piwo, to gospodarka nie traci, a producenci piwa i budżet (z uwagi na podatek akcyzowy pobierany od piwa, a nie od programów komputerowych) nawet zyskują.

Równocześnie przeciwnicy „własności intelektualnej” koncentrują się tylko na jednym jej aspekcie i nie biorą pod uwagę tego, że czym innym jest kopiowanie jakiegoś utworu, a czym innym sprzedawanie go jako własnego albo robienie podróbek. Bo jednak własność istnieje. Piszę to, popijając coca-colę, i nie uważam bynajmniej, że inni producenci cieczy w podobnym kolorze powinni mieć prawo sprzedawania jej w takich samych butelkach. Tylko czy jedno i drugie powinna regulować jedna ustawa? Nie! Dlatego sądzę, że ochrona prawa do butelki może być tylko pretekstem do przywrócenia cenzury. (Robert Gwiazdowski)

Kategoria: Analiza | 4 komentarze

Wezmą miliard z mandatów. Tylko facet latający na weekendy rządowym samolotem może coś takiego zrobić kierowcom

Wysłane przez admin w dniu 25/01/2012 o godz. 07:26

W roku 2007, tuż przed wyborami, w charakterystycznym stylu totalnej opozycyjności i w szyderczym tonie Donald Tusk, wówczas lider opozycji, mówił:

Każde dziecko wie, że wypadków jest więcej, bo jest więcej samochodów, a dobrych dróg nie przybywa. Nieudacznicy z rządu PiS tej prawdy nie pojęli. Zauważyłem też fenomen. Drogi są coraz gorsze, ale na ulicach pojawiły się fotoradary. Polacy mają być kontrolowani w każdym miejscu. Utrudnić ludziom życie do maksimum, a na końcu ich skontrolować wszystkich bez wyjątku. To jest filozofia PiS. Tylko facet który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary, a nie na drogi.

A dziś? Dziś oto “Fakt” donosi, że minister finansów Jacek Rostowski chwali się w piśmie do Brukseli, że zwiększy dochody z mandatów nakładanych na kierowców o 2514 procent. Tak - o dwa tysiące pięćset czternaście procent! A ma to dać rządowi ponad miliard dodatkowych złotych do budżetu. Dziennik stwierdza:

Już wiemy, po co rządowi współfinansowany przez Unię Europejską zakup nowych radarów za ponad 200 mln zł. To element planu, który ma przynieść rządowi ok. 1,2 mld zł w rok. Taką sumę z mandatów dla kierowców zapisał minister finansów w budżecie państwa na 2012 rok! Tę samą kwotę wymienia także w liście do wiceprezydenta Komisji Europejskiej, w którym tłumaczy, skąd weźmie środki na łatanie polskiego deficytu.

To, że fotoradary są maszynką do robienia pieniędzy, udowodniły już polskie samorządy, które inwestowały w te urządzenia nabijając gminną kasę. Jednym z rekordzistów była gmina Biały Bór w województwie zachodniopomorskim, która w 2009 roku zarobiła dzięki radarom ok. 7 mln zł. Dla porównania w tym samym roku 124 radary policyjne w całej Polsce przyniosły wpływy w wysokości 27 mln zł.

Nowych radarów stanąć ma 300. Cóż, tylko tylko facet latający na weekendy do Gdańska rządowym samolotem może coś takiego zrobić kierowcom. (wPolityce.pl)

Kategoria: 10 cudownych obietnic, Pitery, niesioły i inne palikoty | 2 komentarze

Panie Prezydencie oburz sie Pan święcie!

Wysłane przez admin w dniu 24/01/2012 o godz. 07:29

Znajomy przesłał mi maila następującej treści: „ Pan rzecznik Graś mówiąc, że rządowy serwer został zablokowany z powodu wielkiego zainteresowania treściami tam zawartymi, ma tak samo rację jak wyimaginowany rzecznik Polskiej Izby Turystyki, który - hipotetycznie - oświadczył, że we wrześniu 1939 roku polska oferta wypoczynkowa została zablokowana z powodu nadzwyczajnego zainteresowania turystyką ze strony Wehrmachtu”

Skrzywiłem twarz w nerwowym uśmiechu, by za chwilę - na poważnie - zajść w głowę nad pierwszym miesiącem 2012 roku.

A Rok Ów zaczął się spektakularnie, tak jakby Najwyższy postanowił urządzić Polakom festiwal filmu burleskowego na żywo.

Mamy 23 stycznia, a już pan premier Donald Tusk zdążył (eksponując wdzięcznie słynna twardą szczękę) ogłosić, że jego minister Sikorski jest ni mniej ni więcej tylko cymbałem, bowiem teraz to musimy powstrzymywać Niemcy.

Niezwykły sukces polskiej prezydencji okazał się szczególnym sukcesem panów Wojewódzkiego i Materny (było nie było Polaków), bo ci przynajmniej kaskę za modernistycznie purnonsensowy koncert inauguracyjny do piersi przytulili.

Pan minister Jan Vincent oznajmił, że w ekonomii tak naprawdę niewiele znaczą takie terminy jak „inflacja”, „deflacja”, a liczy się jedynie swobodna “wariacja” – nie na własny koszt naturalnie.

Pan pułkownik Przybył, z oblicza wrażliwy jak Marcel Proust, prężny jak polska marynarka i ofiarny jak prywatna kieszeń Jerzego Owsiaka, popełnić raczył samobójstwo, wróć! - uczynił skuteczny zamach na własne dziąsło deklamując przy tym coś o honorze oficera – co, jak się okazało, z honorem miało tyle wspólnego co poezja Lopeza Mausere ze strofami Rilkego. Gdzies koło siebie, na pólce leżały…

Do tego mamy jeszcze doskonałe relacje niezależnych Mediów Głównych z Budapesztu i Moskwy, tu szczególnie TVN wynalazł metodę aproksymacji Tomcia Palucha polegająca na tym, że jeśli widzimy manifestanta manifestującego przeciwko Orbanowi to w istocie widzimy tysiąc manifestantów, gdy zaś manifestanci mają czelność pokrzykiwać przeciwko Władymirowi Władymirowiczowi Putinowi, to zauważamy kogoś dopiero wtedy gdy nie ma gdzie skierować obiektywu kamery bo zewsząd wyłażą tłumy – wtedy, wg szkoły TVN, mówimy że co prawda manifestacje w Kraju Zaprzyjaźnionym maja miejsce, ale są nie tylko nie na miejscu, ale cóż to w ogóle za manifestacje. (…)

Do tego jeszcze raport MAK okazał się tyle wart co telewizor „Junost” i Zaporożec po odcinku specjalnym.

Panie Prezydencie niech Pan wprowadzi jak najszybciej ten stan wyjątkowy, bo jak się jakiemuś zastępowi skautów piwnych z Boliwii zachce opanować stolycę i siedzibą TVP zawładnąć, to jeszcze przyjdzie nam po hiszpańsku bałakać i Bolivara z Chavezem opłakiwać, o Evo Moralesie nie wspominając !

Styczeń się jeszcze nie skończył a tu, aż strach pomyśleć co przyniesie nam o Rok Ów, jeśli Prezydent nie wstrzyma słońca i nie poruszy ziemi, jak ma w zwyczaju, dla dobra kraju, co rano czynić w namaszczeniu, przy goleniu, gdy goleń powabna małżonki patriotki jeszcze z pościeli wystaje. (Witold Gadowski)

Kategoria: Media (po)mogą, Nasze mordy kochane, Wpadka Komorowski | 1 komentarz

Strona premiera znów zhakowana

Wysłane przez admin w dniu 23/01/2012 o godz. 07:40

“To nieskrępowany, wyraźny głos przeciw ustawie ACTA” - między innymi taki komunikat znalazł się o poranku na stronie www.premier.gov.pl. Strona kancelarii premiera po raz kolejny w ostatnich dniach padła ofiarą hakerów.

“Zwracamy się z apelem do rządu polskiego o postąpienie według woli obywateli i nie podpisywanie ustawy ACTA. Mało wam było demonstracji 11 listopada, myślicie, że takie działania nie sprawią tego, iż ludzie wyjdą na ulice?” - napisali hakerzy.

Twierdzą, że nie należą do grupy Anonymous. Anonimowi nie są hakerami, to dzieci, które chciały się pobawić w hakerów - utrzymują.

Wczoraj wieczorem nie można było wejść na strony: kancelarii premiera, Sejmu, Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Sprawiedliwości, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz PSL-u.

Do ataku przyznała się w krótkim komunikacie na Twitterze międzynarodowa grupa hakerów Anonymous. Ma to być ostrzeżenie przed podpisaniem przez Polskę umowy ACTA.

To porozumienie przeciw piractwu w internecie. Budzi jednak wiele kontrowersji, bo otwiera drogę do monitorowania również wielu legalnych treści.

Hakerska grupa ostrzegła także nasz rząd, że opublikuje poufne dane, które zdobyła, jeśli Polska podpisze międzynarodowe porozumienie dotyczące walki z naruszeniami własności intelektualnej ACTA.
To nie atak hakerów

Brak dostępu do stron internetowych premiera, Sejmu i prezydenta nie jest wynikiem ataku hakerów. W żaden sposób nie naruszono danych, które znajdują się na rządowych serwerach - twierdził wczoraj rzecznik rządu Paweł Graś. Według niego, to “olbrzymie zainteresowanie” tymi witrynami spowodowało problemy.

Choć rzecznik wykluczył atak hakerów, przyznał, że blokowanie stron było zamierzone. Podłączono programy, które “dobijają się” do danej strony i nie wszystkie serwery wytrzymały - tłumaczył. (interia.pl)

Kategoria: Donaldu, Donaldu... | 6 komentarzy

Hakerzy dobrali się do rządu

Wysłane przez admin w dniu 23/01/2012 o godz. 07:36

W sobotę wieczorem przestała działać internetowa strona Sejmu. Po niej padły kolejne polityczne serwisy – kancelarii premiera, Ministerstwa Kultury, a nawet Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Ministerstwa Sprawiedliwości. Właśnie na własnej skórze odczuliśmy, że nikt i nigdzie nie może czuć się bezpieczny – komentuje Zbigniew Engiel z laboratorium informatyki śledczej Mediarecovery.

W niedzielę postawiono nas na nogi. Zaczęło się sprawdzanie, czy w ostatnich miesiącach nie było jakichś nierozpoznanych prób ataków na witrynę ministerstwa. Do ABW raportujemy bowiem tylko te próby, które są już opisane i łatwo je wyłapać. Tymczasem mogą być jeszcze metody, które nie zostały skatalogowane, trudno je wychwycić i mogą stanowić zapowiedź większej akcji, z jaką do czynienia mieliśmy w weekend – mówi „DGP” informatyk jednego z resortów.

Strony rządowe atakowano zapewne metodą Distributed Denial of Service (DDos), czyli rozpowszechnionej odmowy usługi. Polega ona na zmasowanym żądaniu uruchomienia w tym samym czasie usługi np. załadowania strony. Taki ruch doprowadza do przeciążenia serwerów – tłumaczy Maciej Iwanicki, inżynier z firmy Symantec specjalizującej się w bezpieczeństwie sieciowym.

To metoda uciążliwa i trudno się przed nią obronić. Nie wyrządza większej szkody, ale za to może być stosowana jako sonda możliwości obronnych ofiary – ostrzega Engiel. Dodaje, że dopiero po kilku tygodniach lub nawet miesiącach haker przeprowadza główny atak. W taki właśnie sposób w ubiegłym roku grupa aktywistów internetowych (tzw. haktywistów), nazywająca sama siebie Anonymus, karała japońską firmę Sony. Zaczęli od ataków DDos na witryny firmy, aby po kilku tygodniach przejść do wyłudzania danych z platformy PlayStation Network.

Temu, że to właśnie Anonymus wzięli polski rząd na celownik, trudno już zaprzeczać. Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie. W sobotę wieczorem przestała działać strona Sejm.gov.pl. Później podobny los spotkał witryny kprm.gov.pl, mkidn.gov.pl i abw.gov.pl. Informacja o znikających witrynach polskich władz zaczęła momentalnie rozprzestrzeniać się po internecie. Niemalże od razu pojawiło się przypuszczenie, że stać za tym może grupa Anonymus, która występuje przeciwko porozumieniom SOPA i ACTA, mającym na celu walkę z łamaniem praw majątkowych w internecie. Kilka dni temu okazało się, że polski rząd ma zamiar podpisać to drugie porozumienie, więc problemy z witrynami od razu skierowały uwagę właśnie na tych hakerów aktywistów. (dziennik.pl)

Kategoria: Donaldu, Donaldu... | 3 komentarze

Kazany nie było, Błasika nie było

Wysłane przez admin w dniu 21/01/2012 o godz. 12:33

Na opisane w dzisiejszej Rzepie “wątpliwości” związane z tym czy i kto rozpoznał na nagraniach głos generała Błasika trzeba spojrzeć w szerszym kontekście, sięgając pamięcią do tego co się działo zaraz po opublikowaniu nieszczęsnych rosyjskich stenogramów. Bo przecież już wtedy było wiadomo, e coś tu bardzo nie gra. Generał Błasik nie był bowiem ani pierwszym, ani jedynym “błędnie” rozpoznanym.

Przypisane wtedy dyrektorowi Kazanie wypowiedzi “No to mamy problem” i “Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić” posłużyły - jak pamiętacie - do sformułowania hipotezy o winie prezydenta, do którego rzekomo miała należeć decyzja, ewentualnie jej brak - tak czy owak, to właśnie te słowa Kazany, uzupełnione słowami rzekomo pijanego Błasika, pozwoliły zbudować i utrwalić smoleńską narrację w której głównym winnym katastrofy był prezydent Kaczyński.

Jakby ktoś chciał dzisiaj szukać Kazany w najnowszych stenogramach krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych, to uprzedzam - szkoda czasu. Kazana z ostatecznej wersji stenogramów zniknął, zupełnie jak Błasik. Błędem jest więc traktowanie (nie)obecności Błasika w polskich stenogramach jako jakiejś tam “rozbieżności” ze stenogramami rosyjskimi, nie w przypadku gdy w tajemniczych okolicznościach pojawiają się i znikają dwa ważne głosy, dziwnym trafem oba obciążające prezydenta, i w obu przypadkach nie wiadomo przez kogo rozpoznane. Za to świetnie wiadomo komu i do czego służące.

Po tym jak okazało się, że w “kokpicie” znaleziono 13 osób, ale niekoniecznie załogę, dotychczasowa narracja się posypała i trochę potrwa zanim uda się sklecić nową. Gdybym miała obstawiać, spodziewam się powrotu wątku “rozmowy braci”. Na tym etapie to chyba ostatnia deska ratunku, i zdaje się ktoś ją właśnie wyciągnął z lamusa. Wprost właśnie “dotarło” do informacji z…czerwca 2010, wtedy to Dania oficjalnie odpowiedziała polskim śledczym, że nie dysponuje nagraniem ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich. (…)

Dzisiaj dowiadujemy się, że rozmowy braci nie poznamy, w każdym razie nie oficjalnie. Nie dałabym jednak głowy za to, że nie zaczną się pojawiać przecieki z tego “co o rozmowie wiemy ale zdradzić źródeł nie możemy”. W ostateczności zaś będzie można w najlepsze spekulować co też by na tym nagraniu było, gdyby ono było. A kto wie, może nawet jest, tylko Dania się nad nami ulitowała? Jestem pewna, że “sekta smoleńska” coś wymyśli, i gdyby nie to, że moi współobywatele ciągle jeszcze te kłamstwa kupują, nawet bym się cieszyła na gimnastykę jaką będą teraz musiały wykonać tuzy prorządowego dziennikarstwa. Kazany nie było, Błasika nie było, rozmowy nie będzie. Jak lżyć, panie premierze? (Kataryna)

Kategoria: Donaldu, Donaldu..., Media (po)mogą, Polityka miłości stosowana | Brak komentarzy